to top

Teraz JA: Pozytywna motywacja na jesień

Są czasem takie dni i zdarzenia, które kosztują nas tyle energii, że nie starcza jej już na nic innego.

 

Taki był dla mnie ostatni tydzień.

 

Na szczęście to już za mną. Wstałam, otrzepałam się z emocji, przeanalizowałam i wyciągnęłam wnioski na przyszłość.

Na to, co się zdarzyło, nie mam już wpływu. Mam za to bardzo konkretny na przyszłość. To ona leży w moich rękach.

Zawsze miałam w sobie silne poczucie sprawstwa. Podejmowałam decyzje, które zwykle prowadziły do założonych przeze mnie rezultatów. To uczucie ostatnio trochę się przykurzyło. Najwyższy czas na nowo je wypolerować i znów zacząć czerpać z niego korzyści…i przede wszystkim uwierzyć, że nadal je mam.

 

Pisałam Wam ostatnio, że bardzo lubię jesień.

Co roku to dla mnie bardzo refleksyjny czas. Zeszłej jesieni postanowiłam zabrać się za siebie, skutkiem czego na blogu pojawiła się seria Teraz Ja. W tym roku zamierzam zrobić dla siebie o wiele więcej. Zadbać nie tylko o to, co na zewnątrz, ale również – a może przede wszystkim – o to, co w środku.

 

Od czegoś jednak trzeba zacząć

 

A jak nie wiadomo od czego, najlepiej zacząć od początku. Na warsztatach rozwoju osobistego, na których ostatnio byłyśmy z Darią poruszany był temat pozytywnej motywacji. Czegoś, co już od samego rana da nam solidny zastrzyk pozytywnej energii. Dla każdego może to być coś innego, ale ważne, by coś takiego sobie znaleźć. Może to być samotna filiżanka kawy wypita z samego rana przy dźwiękach ulubionej muzyki. Lub otworzenie okna i kilka wdechów chłodnego, jesiennego powietrza, które postawią nas na nogi. Kilka minut jogi, lub medytacji przez porannym prysznicem. Zjedzone wspólne z NIM śniadanie zamiast kanapki połykanej w metrze. Każda z nas najlepiej wie, co jej samej zagwarantuje poranny uśmiech na twarzy. A ja namawiam Was bardzo, by sobie czegoś takiego poszukać. Zwłaszcza, że poranki, kiedy budziło nas słońce powoli odchodzą w jesienno – zimowe zapomnienie i wkrótce padnie sformułowanie, które co roku przyprawia mnie o dreszcze dużo bardziej, niż zapowiedź siarczystych mrozów: przygruntowe przymrozki.

Co wymyśliłam dla siebie? O tym napiszę Wam za tydzień.

 

A czemu by nie zakończyć dnia równie miło?

 

No właśnie. Coś miłego o poranku ma nam zagwarantować pozytywny rozruch od samego rana i nie dopuścić do jesiennej chandry. Aby jednak potrzymać ten stan, warto pójść o krok dalej i pomyśleć nad czymś, co uprzyjemni nam wieczór i na co przez cały dzień będziemy czekać z niecierpliwością. Jakiś mały rytuał, łatwy do zrealizowania, za to gwarantujący, że do poduszki będziemy przytulać uśmiechniętą buzię. To może być mała lampka wina i rozmowa Waszą drugą połową. Lub samotny, krótki, wieczorny spacer na przewietrzenie głowy przed snem. Kubek gorącego kakao i kilka stron książki lub albumu z pięknymi zdjęciami. Albo katalogu „wakacje 2017” któregoś z biur podróży – bo czemu nie zacząć planować ich już teraz i nie pooglądać cieszących oko zdjęć hoteli?

 

Moje wieczorne „uprzyjemniacze”

 

Na pewno będzie ich kilka – szczegółowo napiszę Wam o nich za tydzień, jednak już teraz mogę zdradzić jeden z nich. Jest świetny, bo działa i na zmysły i na ciało. Co to takiego? No kosmetyki oczywiście! Domowe, wieczorne spa to jeden z najprostszych sposobów na chwilę relaksu po intensywnym dniu. I nie zawsze musi być to kompleksowy program odnowy, który zajmie nam trzy godziny. W zupełności wystarczy krótki zabieg na twarz, czy ciało…bo nie o ilość tu chodzi, ale o jakość.

 

Dokładnie wybieram kosmetyki

 

Koniec z przypadkowością. Kiedyś nie zawsze zwracałam uwagę na to, co pakuję na moją skórę, ale to już przeszłość. Teraz staram się, by moje wybory były dokładnie przemyślane. Zwracam baczną uwagę na to, co jem, więc tak samo chcę starannie dobierać składniki, którymi karmię moją skórę. Tydzień temu pisałam wam o rewelacyjnych, polskich i bardzo naturalnych kosmetykach od Iossi. Ich masło do ciała i rozświetlające serum do twarzy już stały się dla mnie hitami tej jesieni. W tym tygodniu przetestowałam jeszcze jeden produkt tej marki –  cukrowy peeling do ciała z trawą cytrynową i różową solą himalajską. I już go uwielbiam – poza oczywistą funkcją usuwania martwych komórek naskórka, cudownie natłuszcza skórę, dzięki czemu po osuszeniu ciała ręcznikiem, nakładanie balsamu jest kompletnie zbędne. A jego zapach wprawia mnie w prawdziwie błogi nastrój.

Processed with Snapseed.

 

Potrzebuję koloru!

 

Wraz z nastaniem nowej pory roku moja garderoba też delikatnie się zmienia. Niebieskości i jasne błękity ustępują miejsca szarościom i typowo jesiennej barwie bakłażana. Nabieram wtedy ochoty na kolorystyczne wyciszenie…wszędzie, tylko nie na ustach. Bo do takiej neutralnej bazy idealnie pasują mi mocniejsze szminki. Fuksja, burgund, czy ciemniejsza, ale stonowana czerwień idealnie łączą się z beżami, szarościami, czerniami. A oto kilka moich jesiennych ulubieńców:

 

Shiseido Rouge Rouge

 

Processed with Snapseed.

 

Najnowszy nabytek. W jej rodzinie – 16 odcieni czerwieni, najgorętszej ze wszystkich barw, koloru życia, emocji i skrajnych uczuć. Świetnie przylega do ust, trwała i bardzo komfortowa w noszeniu. Do tego technologia Vibrant Red zapewnia świetną pigmentację i pięknie odbija światło. Mój kolor to RD 311 Crime od Passion.

 

Dior Rouge

 

Processed with Snapseed.

 

Jest ze mną już drugi rok i prędko się nie rozstanę z tym kolorem, bo to fuksja wręcz idealna. Cudownie pielęgnuje i nawilża usta. Kocham i będę kochać.

 

Shiseido Perfect Rouge

 

Processed with Snapseed.

 

Ten kolor pomadki marka wprowadziła co prawda rok temu, ale to w tym roku przekonałam się do barwy śliwki RS 656 i mam zamiar nosić ją całą jesień. Jest dość ciemna, ale odciśnięcie nadmiaru na chusteczce powoduje, że kolor się tonuje, matowieje i doskonale nosi. Jeśli widzieliście wczorajszy filmik na instasnapie, to tam właśnie miałam ją na sobie i naprawdę świetnie się w niej czułam.

 

 I ostatnia deska ratunku

 

Gdyby jednak wszystkie sposoby zawiodły i jesienna chandra uczepiła się nas jak rzep psiego ogona, pozostaje jeszcze jedno wyjście: czekolada. To niezawodny sposób na wszelkie smutki i ja również mam zamiar korzystać z niego tej jesieni. Oczywiście nie za często, ale sobotnie popołudnie w towarzystwie czegoś pysznego to sprawdzona recepta na dobry humor. Zaczęłam nawet ostatnio przeglądać moje dość rzadko używane książki kucharskie i znalazłam kilka prostych przepisów w „Make Cooking Easier – Przepisy na cztery pory roku” Zosi Cudny. Zosia wkrótce wydaje kolejną książkę, co bardzo mnie cieszy, bo jej przepisy wydają się na tyle proste, że chyba nawet ja dam sobie z nimi radę.

 

Processed with Snapseed.

 

A jakie są Wasze sposoby na pozytywną motywację od samego rana? Co robicie, aby od samego rana wprowadzić się w dobry nastrój? A może wypróbujecie któryś z moich sposobów?

  • Ola

    Jak zwykle świetny post, uwielbiam Cię czytać przy porannej kawie. Twoje wpisy ostatnio dają mi pozytywnego energicznego kopa na cały dzień.

    Właśnie rozpoczyna się dla mnie ciężki naukowy rok. Napisanie pracy magisterskiej, obrona i egzamin wstępny na aplikacje prawnicze :). Już powoli zaczynam się przyzwyczajać do codziennej nauki. I mimo, że to początek dopada mnie spadek formy jak spoglądam za okno.

    Moimi jesiennymi umilaczami zostały kosmetyki z Ministerstwa Dobrego Mydła. Coś czuję, że pozostaną ze mną na dłużej. I jako maniaczka butów – kompletuję sobie nowości na wiosnę korzystając z atrakcyjnych o tej porze roku cen (np. polecone przez Ciebie balerinki GANT zakupiłam po 60% obniżce). Więc wieczory sobie umilam błądząc po internetowych sklepach :). No i oczywiście wielki kubek gorącej herbatki i dobry kryminał to podstawa na jesienne długie wieczory. Uwielbiam Remigiusza Mroza, po nim zawsze dopada mnie czytelniczy kac.

    5 października, 2016 at 7:40 pm Odpowiedz
  • Ola

    Mam olejek śliwkowy – uwielbiam. Stosuję od ok. miesiąca. I stan mojej skóry na twarzy jest nieporównywalnie lepszy. A ten zapach…totalnie relaksujący. Myślę nad musami do ciała. Planują niedługo zamówić właśnie mus szafranowy. Także czekam na Twoją opinię o nim :).

    Bardzo miłe jest to, że zawsze starasz się każdemu odpowiedzieć na komentarz, co zapewne nie jest łatwe w natłoku codziennych obowiązków. Ale sprawia, że czytelnik czuje się ważny dla autora.

    Balerinki leżą w garderobie i czekają na wiosnę. W Szczecinie pogoda kiepska więc dziś w kaloszach TH (chyba, też lubisz jego butki bo widzę je często u Ciebie – ja mam cały przekrój od trampek, przez balerinki, po właśnie kalosze i są to najwygodniejsze buty świata) biegłam w deszczu z biblioteki przez kałuże do samochodu, z naręczem notatek do pierwszego rozdziału pracy mgr. Ale i taka pogoda ma swój urok.

    Miłego wieczoru i słonecznej niedzieli :).

    8 października, 2016 at 4:28 pm Odpowiedz

Leave a Comment