Sposób na nadwątloną motywację i życiowe niespodzianki

Jeszcze kilka dni temu mój nastrój był delikatnie mówiąc…średni. Piękna wiosenna aura, na którą bardzo liczyłam na moim bezrobociu, odeszła nie wiadomo gdzie i nic nie zapowiadało jej szybkiego powrotu. Dodatkowo patrzenie na kurzący się na balkonie rower też nie wprawiało mnie w dobry humor. Brakowało mi chęci i energii na cokolwiek. A już napewno na ruch.

 

Chodakowskiej nie odpaliłam od ponad dwóch tygodni, a patrzenie na Tomka, który od połowy grudnia systematycznie biega, pływa, a od miesiąca dodatkowo jeździ na rowerze, tylko mnie denerwowało. No bo jak to możliwe, że on ma tyle energii na to wszystko, kiedy mnie nie chce się ruszyć palcem?? Chodziłam więc ze smętną miną, patrzyłam na niego spod oka i nie mogłam zrozumieć, jaka motywacja sprawia, że w sobotę o siódmej rano mój mąż wsiada na rower i jedzie w siną dal, bądź biega przez godzinę w czterech stopniach Celsjusza.

 

Oczywiście podzieliłam się z nim swoimi myślami, przy okazji ponarzekałam sobie, że lato idzie, a ja taka bez motywacji, że głowa to może by i chciała, ale ciało mówi “nie”, że siły brak i rękę do góry podnieść ciężko… Tomek posłuchał i stwierdził:

 

Potrzebujesz nowych ciuchów

 

Nooo, taką diagnozę to ja rozumiem! Radość co prawda trochę przygasła, kiedy się okazało, że chodzi mu wyłącznie o ubrania sportowe, ale w sumie dobre i to. Tomek już od dawna twierdził, że u niego w tej początkowej fazie uprawiania sportu, kiedy jeszcze ruch nie wszedł w krew, nic tak go nie motywowało, jak nowe, sportowe ciuchy i gadżety. Zegarek mierzący puls, aplikacja pokazująca wyniki, nowa, dobrze odprowadzająca pot koszulka, czy oddychające spodenki. Początkowo jakoś mnie to nie przekonało, ale kiedy Tomek zapytał mnie, czy mam w ogóle ochotę założyć moje kilkuletnie legginsy i koszulkę (nie mówiąc w ogóle o ćwiczeniach) to odpowiedz brzmiała: “zdecydowanie nie”.

 

Jedziemy na zakupy

 

Wspominałam wam kiedyś, że mam szczęście być żoną faceta, który uwielbia zakupy. Dlatego to w zasadzie On mnie (a nie ja Jego) zaciągnął do centrum handlowego. Mam już za sobą wiele lat ćwiczeń w klubach fitness, więc trochę wiedziałam, jakich ubrań potrzebuję. Poczytałam jeszcze, żeby wiedzieć, co jest teraz na rynku i byłam gotowa na podbój sportowych sklepów.

 

Po pierwsze: dobry, sportowy stanik

 

Mój stary, bawełniany z pewnością nie należał do kategorii “dobry”. Szukałam takiego który byłby:

  • elastyczny – aby łatwo dopasowywał się do ciała i nie krępował ruchów;
  • gładki – by wystające elementy nie zaczepiały o ubranie;
  • bez zapięć – najlepszy są modele wkładane przez głowę;
  • idealnie dopasowany – gumka pod biustem ma ściśle przylegać do ciała;
  • na szerokich ramiączkach – nie będą zsuwały, ani wżynały w ciało podczas ruchu;
  • wykonany z przewiewnego i odpornego na rozciąganie materiału.

Mierzyłam kilka, aż znalazłam idealny.

 

FullSizeRender 961

 

Po drugie i nie mniej ważne – koszulka i legginsy

 

Bawełna odpada. Bo choć to naturalny materiał, to również naturalnie chłonie pot, więc nieestetyczne plamy na ubraniu gwarantowane. Najlepsze są nowoczesne materiały termoaktywne, które odprowadzają wodę z powierzchni ciała i są odporne na deformacje spowodowane częstym praniem. Co do fasonu, to jest to już raczej kwestia gustu i dobrego samopoczucia. Choć muszę przyznać, że i w legginsach zaszła u mnie zmiana – kiedyś wybierałam tylko te z niższym stanem i przyznam szczerze: nie zawsze dobrze się w nich czułam. Jeśli nasz brzuch nie jest idealnie płaski i umięśniony, lepiej sprawdzą się te z wyższym, bo po prostu lepiej “trzymają” nasze ciało w ryzach, a my mamy większy komfort ćwiczenia. Szczególnie w większej grupie.

 

FullSizeRender 962

FullSizeRender 963

 

 A efekty?

 

No coż, nie powinnam może pisać na blogu, że Tomek miał rację, ale co zrobić jak faktycznie miał? ;-) Efekt był natychmiastowy: moje nowe ciuchy tak bardzo mi się podobały, że odpaliłam Ewkę jeszcze tego samego wieczora i dodatkowo znalazłam blisko fajny klub fitness i jutro wybieram się tam pierwszy raz. A w najbliższy wtorek idę na jogę!

 

Wygląda więc na to, że moje bezrobocie w końcu zaczyna nabierać kolorów (żebym się tylko za bardzo nie przyzwyczaiła ;-))) Zwłaszcza, że wczoraj okazało się, że ze względu na pracę Tomka musimy w dość ekspresowym tempie zaplanować krótkie wakacje, bo potem przez wiele tygodni możemy nie mieć na to szans. Nad kierunkiem nawet się na zastanawialiśmy: We Włoszech byliśmy co prawda kilka razy, jednak było to na tyle dawno, że zdążyłam się już porządnie stęsknić za wszystkim, co włoskie. Pozostało pytanie: samolot, czy samochód. Ale kiedy sprawdziliśmy ceny biletów na nasz termin, który idealnie pokrywa się z długim majowym weekendem, nie mieliśmy wątpliwości, że samochód to najrozsądniejsze wyjście. Zwłaszcza, że chcemy pozwiedzać okolice jeziora Garda, zajrzeć do Mediolanu, Werony, zahaczyć o Szwajcarię, a wracając – o Wiedeń. Pozostaje teraz to wszystko zorganizować, więc przede mną intensywne dni.

 

A może ktoś z Was urządził sobie kiedyś podobną, samochodową wycieczkę w północne Włochy? Jeśli tak, to koniecznie mi o tym napiszcie, każde rady i wskazówki mile widziane!

 

Strona 1 z 1312345...10...Ostatnia »