Samochodem do Włoch: Toskania, cz.1

Zeszłoroczna, samochodowa podróż na północ Włoch utwierdziła nas w przekonaniu, że nie taki diabeł straszny i naprawdę da się zorganizować taką wyprawę nawet z cztero/pięciolatkiem na tylnym siedzeniu…

 

 

Jak wyglądał nasz tegoroczny wyjazd? Zapraszam Was serdecznie na pierwszą część naszego toskańskiego przewodnika.

 

To, gdzie się jest, znaczy czym się jest. Im głębiej owo miejsce przenika w jaźń, tym bardziej się umacnia więź z owym miejscem. Wybór miejsca nigdy nie bywa przypadkowy, to wybór czegoś, czego się pragnie.

„Pod słońcem Toskanii” Frances Mayes

 

Cześć z Was być może zna tą książkę, większość z Was zapewne widziała film. Historia życiowego przewrotu Amerykanki, która po przykrych osobistych przejściach zaczyna wszystko od nowa: kupuje stary dom na toskańskiej wsi i z wielką miłością go odnawia, rozkoszując się leniwie płynącym życiem na włoskiej prowincji, urodą zabytków i smakiem wymyślanych przez siebie potraw, smakując w ten sposób nie tylko włoską kuchnię, ale i – a może przede wszystkim – smaki swego na nowo odkrytego życia.

Odkąd pamiętam, marzyłam, żeby tam się znaleźć. Lata temu, w drodze do Rzymu przejeżdżaliśmy przez ten region szybką drogą krajową, oglądając z daleka toskańskie pagórki i cyprysy…to było jak lizanie cukierka przez papierek.

Przez lata obiecywaliśmy sobie, że w końcu tam wrócimy. Od stycznia nie myśleliśmy już o niczym innym. Kiedy po zeszłorocznej wyprawie na północ Włoch okazało się, że Marcelina rewelacyjnie znosi takie podróże wiedzieliśmy, że nic już nie stoi nam na przeszkodzie. Poza tym doświadczenia z zeszłego roku bardzo się przydały – bo tym razem na włoskich drogach czuliśmy się jak u siebie…ale od początku.

 

 

Trasa, winiety i…pogoda

 

Zacznę od tej ostatniej pozycji, bo to ona pokrzyżowała odrobinę nasze tegoroczne plany.

Oczywiście tydzień przed wyjazdem bacznie obserwowaliśmy wskazania pogodowe w Toskanii i z każdym dniem coraz bardziej się martwiliśmy, bo w okresie majówki, gdy w Polsce temperatura dochodziła do 30 stopni, tam miało być…17 i deszcz. No nie tego człowiek oczekuje na wakacjach! Byliśmy nawet w biurze podróży by sprawdzić oferty last minute, żeby w razie czego mieć jakąś alternatywę….na szczęście okazało się, że załamanie pogody ma być zaledwie kilkudniowe. Poza tym nie wierzyliśmy, że będzie lało 10 dni pod rząd. Przesunęliśmy więc wyjazd o trzy dni i zamiast w niedzielę, wyjechaliśmy w środę.

Z tego powodu przed wyjazdem nie kupiliśmy winiet drogowych. W zeszłym roku nabyliśmy je w PZM Travel (można też zamówić winiety w ich sklepie internetowym), dzięki czemu nie musieliśmy się nimi martwić w drodze, jednak kupując podaje się datę przejazdu przez dany kraj, a my tym razem nie byliśmy pewni, kiedy dokładnie wyjedziemy. Dlatego musieliśmy pamiętać, by kupić winietę na stacji przed granicą ze Słowacją i mieć ją naklejoną na szybę podróżując przez Austrię.

W Niemczech podróżujemy bezpłatnie, we Włoszech winiety również nie obowiązują – ale autostrady są płatne i opłaty uiszcza się w postawionych na nich bramkach (gotówka, lub karta).

Brak winiet karany jest mandatem płatnym na miejscu u policjanta + koszt wykupienia winiety – jeśli nie mamy gotówki, zostaniemy zawiezieni do najbliższego bankomatu. Dlatego warto wcześniej o nich pomyśleć, żeby oszczędzić sobie niepotrzebnych emocji.

Więcej o winietach potrzebnych do podróżowania po Europie, ich cenach i okresach obowiązywania przeczytacie TU

 

Trasa

 

Wybierając trasę, korzystaliśmy jak zwykle z Google Maps. Ponieważ nie jesteśmy zwolennikami zbyt długich podróży samochodem (droga z Warszawy do północnej części Włoch to ponad 12 godzin), podobnie jak w zeszłym roku szukaliśmy odpowiedniego miejsca na nocleg w połowie drogi. Dobrym przystankiem ze względu na odległości jest Wiedeń, który przy okazji można zwiedzić, jednak w Wiedniu byliśmy już kilka razy, dlatego zdecydowaliśmy się przenocować w Bratysławie.

Nasza trasa miała więc wyglądać tak:

 

Piszę „miała”, bo ostatecznie wyglądała 😉 Po drodze, kiedy chcieliśmy zarezerwować hotel (w dalszej części opowiem Wam, czemu nie zrobiliśmy rezerwacji wcześniej) okazało się, że w Bratysławie ma miejsce jakieś duże wydarzenie i 80% hoteli jest już niedostępna, a ceny tych, które zostały są stanowczo zbyt wysokie. Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że w Wiedniu sytuacja ma się dużo lepiej i w ten sposób pierwszą kolację naszych wakacji zjedliśmy właśnie tam.

 

Hotele

 

Patent rezerwowania hoteli w ostatniej chwili (często już po rozpoczęciu doby hotelowej) przetestowaliśmy już w zeszłym roku i działał z powodzeniem we wszystkich miejscach Europy, w których się zatrzymywaliśmy. Powód jest bardzo prosty: im bliżej nocy, tym hotelom bardziej zależy, by zapełnić pokoje i tym większe rabaty proponują. Kilka razy spotkała nas sytuacja, kiedy jeszcze rano dany hotel oferował pokój w cenie X, a po godzinie 15.00 cena ta była znacznie niższa (zwykle koło 40-50% ceny standardowej, ale zdarzały się też obniżki o 70%) i na dodatek wliczone w nią było także śniadanie. Wszystkich rezerwacji dokonywaliśmy za pośrednictwem Booking.com.

Uwaga: patent ten może nie działać w sezonie – gdy turystów z całego świata jest we Włoszech znacznie więcej, hotele mogą nie być tak skłonne do większych rabatów.

 

Hotele i dzieci

 

Jeśli dziecko śpi z rodzicami na tym samym łóżku, żadne dodatkowe opłaty nie są zwykle doliczane. Piszę „zwykle” bo trafił nam się jeden hotel, w którym pracownik recepcji poinformował nas, że musi dać nam pokój trzyosobowy, mimo, że tłumaczyliśmy, że go nie potrzebujemy. Potem, w zakładce „dodatkowe informacje” na Booking.com doczytaliśmy, że pobyt także małego dziecka, wiąże się w tym miejscu z opłatami. Była to jedyna taka sytuacja, ale przekonaliśmy się, że warto dokładnie czytać wszelkie informacje w serwisie, żeby po prostu omijać takie hotele.

 

Przygotowanie samochodu

 

Pisałam Wam o tym w zeszłym roku – to w sumie oczywiste, ale jeśli ktoś w stanie ekscytacji zbliżającymi się wakacjami przeoczyłby ten punkt, to zwracam na niego uwagę. Przegląd samochodu, wymiana części, które mogą nam sprawić niemiłą niespodziankę, uzupełnienie płynów to elementy niezbędne, jeśli chcemy mieć bezstresową podróż.

 

Mapy

 

Jeśli macie mapę wbudowaną w samochód, warto zadbać o jej aktualizację. Przydają się także mapy w telefonie – już od jakiegoś czasu ceny transmisji danych w Polsce i Europie są takie same, więc ustawiając nawigację w telefonie nie musicie się obawiać dodatkowych kosztów. Pamiętajcie też, by zwiedzając kolejne miasteczka oznaczać miejsce zostawienia samochodu, by po kilku godzinach wiedzieć, jak do niego wrócić 😉

 

Prowiant na drogę

 

Przed wyjazdem, podobnie jak w zeszłym roku kupiłam torbę batonów energetycznych. Bez problemu dostaniecie je w supermarketach i zwykłych sklepach – zwracajcie tylko uwagę na skład – niech będą to batony zrobione z suszonych owoców, orzechów i płatków owsianych. Możecie też kupić banany, chipsy owocowe lub warzywne, mieszanki orzechów i kilka zgrzewek wody w małych butelkach z dzióbkami (wygodniej się z nich pije podczas jazdy samochodem, szczególnie dzieciom). Dzięki temu nie będziecie musieli zatrzymywać się bez potrzeby, ani żywić tym, co oferują stacje benzynowe. Poza tym przy podróżowaniu w słoneczne miejsca wody zawsze brakuje, a szukanie sklepu tylko zabiera czas – dlatego warto mieć jej zapasy pod ręką.

 

Drogowe niespodzianki

 

W tym roku jakoś obyło się bez nich, ale dobrze pamiętam, jak w rok temu, w wielkim korku, w górach, nieopodal granicy z Austrią, na wąskiej drodze bez pobocza, za to z betonowymi zabezpieczeniami na skraju pasów, Marcelina oznajmiła…że musi do toalety…na…o zgrozo…numer 2! Wyjście z samochodu nie wchodziło w grę, a o toalecie mogliśmy pomarzyć. Już organizowałam jakąś torebkę foliową…kiedy Marcelinie się odechciało! Więc w ty roku zakupiłam w Rossmanie cudowny wynalazek o nazwie „Tron”, czyli innymi słowy tekturowy nocnik jednorazowego użytku. Kilka złotych, a spokój na cały wyjazd 😉

 

Dziecko w podróży

 

Zeszłoroczną podróż Marcelina zniosła świetnie, więc byliśmy pewni, że tym raze mbędzie podobnie. Jednak podobnie jak w zeszłym roku przygotowaliśmy dla Niej małe niespodzianki – drobiazgi, które wyciągałam z torby co pewien czas. Trochę czasu poświęciliśmy też na naukę przypomnienie sobie najpopularniejszych, włoskich zwrotów. No i tablet. Bez niego nie byłoby szans, by tyle godzin utrzymać dziecko w fotelu przez ponad 6 godzin. Przed wyjazdem Tomek ściągnął jej zestaw nowych bajek i w chwilach największego kryzysu to one ratowały sytuację.

 

Hulajnoga

 

Tak, tym razem też była z nami – dzięki niej pokonywanie dużych odległości podczas zwiedzania nie było dla Marceliny problemem – oczywiście trzeba było uważać w bardziej zatłoczonych miejscach, ale samo rozwiązanie znów bardzo nam się sprawdziło.

 

Cieplejsze ubrania zawsze pod ręką

 

Na ten patent wpadłam rok temu i choć w tym roku zbytnio nam się nie przydał, to biorąc pod uwagę, że pogoda zawsze może płatać figle, warto o tym pamiętać: kurtki/swetry trzymamy w bagażniku, zamiast w walizce. Kiedy w zeszłym roku przejeżdżaliśmy przez Austrię, w górach panowała zima i temperatura poniżej zera (zimowe opony bardzo się wtedy przydały – a przecież był maj!). Aby więc wyjść z samochodu, musieliśmy porządnie się ubrać. Dzięki temu, że wszystkie kurtki i czapki mieliśmy w samochodzie, a nie w walizce, trwało to zaledwie chwilę. Wtedy przydały się nam puchówki, potem korzystaliśmy z cieńszych kurtek, ale wszystkie trzymaliśmy pod ręką.

 

No to w drogę!

 

Wyruszyliśmy w środę, około 10.00 z planami dojechania do Bratysławy (niecałe 7 godzin drogi). Kiedy jednak okazało się, że Bratysława nie jest tego dnia najlepszym wyborem, delikatnie zmieniliśmy kierunek i kolację zjedliśmy w Wiedniu. Rano, po śniadaniu i kawie wyruszyliśmy w podróż do miejsca, do którego automatycznie wyrywa się moje serce na dźwięk słowa „wakacje”.

 

BUONGIORNO ITALIA!

 

 

A o tym, co było dalej przeczytacie w kolejnym wpisie!

 

You may also like

Leave a comment