Moje kosmetyczne hity 2017

Co roku na blogu pojawia się takie podsumowanie, więc i tym razem nie mogło być inaczej.

 

I choć jak już wiecie – w temacie kosmetyków jestem długodystansowcem i jeśli coś mi odpowiada mogę używać tego latami, to równie chętnie testuję nowości. Szczególnie, jeśli produkt ten pochodzi od firmy, która przywiązuje dużą wagę do jakości i dba o naturalne składniki. Takich rzeczy szukam i takie kupuję. Ale jeśli już trochę tu zaglądacie to wiecie, że mam kilka swoich „pewniaków”. No ale zacznijmy od początku.

 

Pielęgnacja

 

Bez odpowiedniej pielęgnacji nie ma pięknie wyglądającej skóry. Czy mamy tu na myśli cerę, czy całe nasze ciało ich wygląd w dużej mierze zależy od tego, jak je traktujemy…i co na nie nakładamy.

 

 

Bardzo dbam by to, co ma bezpośredni kontakt z moją skórą było jak najlepszej jakości. Dlatego pewnie nie zdziwi was, jeśli w akapicie poświęconym pielęgnacji pojawią się marki, które już dobrze znacie: IOSSI I Ministerstwo Dobrego Mydła.

Polskie, naturalne, z pięknymi, prostymi opakowaniami i jeszcze piękniejszymi zapachami. Uwielbiam każdą komórką mojego ciała.

 

Na twarz

 

W tym roku szczególnie spodobał mi się witaminowy koktail pod oczy na noc z retinolem i witaminami C i E (TU) i krem regenerująco – nawilżający z acerolą, różą i algami (TU). Koktail to jedwabiste serum o konsystencji lekkiego olejku, a zarazem intensywna kuracja do delikatnej skóry okolic oczu. Pielęgnuje, odmładza i zapobiega przyszłym zmarszczkom. Dzięki zawartości retinolu zmniejsza spowodowane upływem czasu zmiany skórne. Dodatek olejów z pestek cytryny i herbacianego powoduje, że cera staje się gładka i miękka, a witaminy E i C wzmacniają ją, ujędrniają i regenerują.

Z kolei krem sprawia, że moja skóra jest aksamitnie gładka i mocno nawilżona. Do tego rozjaśnia, poprawia koloryt i pięknie pachnie.

 

 

Jednak muszę też przyznać, że miłą niespodzianką była dla mnie seria Organique z jagodami goji (TU)- zarówno krem na dzień, jak i na noc utrzymywały moją skórę w doskonałej kondycji, peeling z drobinkami bursztynu świetnie ją złuszczał, a maska z czerwoną glinką – odżywiała i nawilżała. To pierwsza seria tej marki, którą używałam, ale muszę przyznać, że okazała się bardzo udana dla mojej mieszanej cery.

 

 

Na ciało

 

Jeśli chodzi o ciało, to postałam wierna klasykom: Odżywczy peeling cukrowy ze śliwką znacie już doskonale (TU)-  to olejowy scrub na bazie cukru trzcinowego pachnie obłędnie, a do tego głęboko nawilża, regeneruje, zmiękcza skórę i zabezpiecza ją przed utratą wody. Jeśli jest jeszcze na świecie ktoś, kto go nie używał, to natychmiast nadrabiajcie, bo daję słowo, że wasze życie jest przez to uboższe – i wierzcie mi – nie ma w tym stwierdzeniu przesady.

Moje ukochane masło Spice of india od IOSSI też znacie od dawna (taaak, ciągle jest ze mną, znajdziecie je TU), a w 2017- tym dołączył do niego odżywczy mus do ciała Len i Konopie od Ministerstwa (TU).  Zrezygnuję z nich chyba dopiero wtedy, gdy przestaną je produkować (co mam nadzieję nie stanie się zbyt szybko).

 

 

Makijaż

 

W tej sekcji też jest sporo moich klasyków, których używam, od lat, ale jest też kilka nowości: do tych pierwszych należą cienie do powiek, tzw. „piątka” od Diora (na przykład TU). Pierwszą paletkę tych cieni kupiłam…11 lat temu i od tej pory bynajmniej nie zużyłam ich wiele – obecna jest ze mną już ponad rok, a używam jej codziennie. I wystarczy mi mniej więcej na kolejnych 12 miesięcy.

 

 

Moim „must have” jest też tusz do rzęs Inimitable Intense od Chanel (TU)- to zdecydowanie najlepszy tusz, jaki używałam – robi wszystko: wydłuża, pogrubia, podkręca. Odkryłam go kiedy szukałam czegoś, co ujarzmi moje rzęsy podczas kuracji z Revitalash. Ten dał radę i tak już ze mną został. Polecam, polecam, polecam.

 

 

 

Od dawna towarzyszy mi też podkład roświetlający od Annabelle Minerals w odcieniu Golden Fair (TU) Uwielbiam go za to, jak rozświetla mi twarz i odbija światło. Używam go na okrągło, bez względu na porę roku i chyba prędko się nie odzwyczaję.

 

 

Za to całkiem niedawno do mojej kosmetyczki dołączył rozświetlacz – bardzo polubiłam ten: Lumene Invisible Illumination (instant illuminizer) TU nakładam w minimalnych ilościach na okolice oczu, muskam nim brodę, czoło i grzbiet nosa. Daje dużo mocniejszy efekt rozświetlenia, więc używam go z umiarem. A stosowanie ułatwia pipetka.

 

 

Ta sama, która znajduje się w rozświetlającym różu w płynie (TU) z tej samej serii Lumene Invisible Illumination. Bardzo fajnie się rozprowadza i pięknie ożywia cerę.

I na koniec – coś na usta. Gdzieś w połowie roku kupiłam Lip Maximizer od Diora (TU) – na początku trochę przeszkadzało mi delikatne mrowienie od razu po aplikacji i zapach mięty, ale ostatecznie bardzo się polubiliśmy. Błyszczyk długo się trzyma na ustach i co dla mnie ważne – nie skleja ich. Bardzo dobrze nawilża i regeneruje, choć efektu powiększania nie zauważyłam. Za to jego błysk jest subtelny i elegancki – a to akurat bardzo lubię.

 

 

 

To tyle jeśli chodzi o moich ulubieńców minionego roku – jestem ciekawa, ile z nich znajdzie się na przyszłorocznej liście, ale znając mnie jest szansa, że całkiem sporo 😉

 

A jakie są wasze kosmetyczne hity ostatniego roku? Co sprawdza się u was? 

 

You may also like

3 komentarze

  • Kasia M. Styczeń 27, 2018   Reply →

    Cudeńka nam tu prezentujesz! I nie dziwię sie, ze Ci sluza, Twoja uroda to potwierdza. 😊
    Zainteresowały mnie te kosmetyki Lumene. W jaki sposób sie je aplikuje? To jest cos w rodzaju pipety? I gdzie je można dostać? W Rossmannie czy raczej Douglas? 🤔

    Pozdrawiam cieplutko! 😘

    • mojedolcevita Styczeń 28, 2018   Reply →

      Dokładnie tak, większość aplikuje się za pomocą pipetki.
      A jeśli chodzi o ich dostępność, to duży wybór jest na iperfumy.pl.

      Uściski Kasiu!

  • Kasia M. Styczeń 27, 2018   Reply →

    Ach, nie doczytałam. Faktycznie, pipetka. 😉

Leave a comment