Teraz JA: O diecie bez diety

Nigdy nie byłam fanką diet…

 

Co prawda kilka lat temu stosowałam z całkiem dobrym skutkiem dietę South Beach, jednak była ona bardzo zbliżona do tradycyjnej diety śródziemnomorskiej, więc nawet ciężko zaliczyć ją do diet w tradycyjnym rozumieniu. W inne, sezonowo modne jakoś nigdy nie wierzyłam. Szczególnie w te oparte na wąskiej grupie składników, bo zawsze wydawało mi się, że powrót do tradycyjnego odżywiania (który w końcu przecież zawsze w końcu następuje) spowoduje efekt jojo taki, że hej.

Oczywiście odchudzałam się potem setki razy, ze skutkiem raczej mizernym. Do momentu, kiedy poznałam Darię . Wtedy po raz pierwszy udało mi się schudnąć skutecznie i zadziwiająco szybko, jednak – jak się potem okazało – nie to było w tym najważniejsze. Najbardziej istotna była wiedza, którą wyniosłam z tamtych spotkań. Co z czym łączyć, o jakiej porze, na co uważać, z czym nie przesadzać, co mi służy, a co mniej…

 

Dlatego postanowiłam, że od teraz już nigdy nie będę na diecie. Zamiast tego wypracuję swój własny program zdrowego odżywiania dzięki któremu będę:

  • jeść smakujące mi, zbilansowane posiłki, bez podjadania między nimi
  • jeść to, co dobrze toleruję
  • jeść tyle, ile trzeba (nie więcej)
  • pozwalać sobie na słodycze, ale na określonych zasadach
  • jeść pięknie i uważnie.

Bo jedzenie to przyjemność. Zawsze nią dla mnie było i na zawsze pozostanie. Tego samego uczyłam i (jak już widzę) nauczyłam Marcelinę. Dla całej naszej rodziny jedzenie zawsze było istotne. Nigdy nie traktowaliśmy go wyłącznie jako pożywienie. Przez Tomka pasję do gotowania było dla nas zawsze nośnikiem emocji. Dobrze ugotowane, ładnie podane, czy to w domu, czy w restauracji – urastało do rangi dużej przyjemności.

Tak jest do teraz. Dlatego nie dla mnie wyzwania typu „nie jem słodyczy w 2016 roku” bo to totalnie nierealne. Jedzenie jest dla mnie elementem sztuki życia, bo odpowiednie jedzenie, to też sztuka, więc postanowiłam trochę się w niej podszkolić. Oto jak zamierzam to zrobić:

 

Nie dla podjadania

 

To chyba mój największy problem. Szczególnie wieczorami, już w domu. I nie chodzi nawet o słodycze, bo równie chętnie sięgam po zdrowe przekąski – a to skubnę orzeszka (no dobra, kilka) a to suszoną śliwkę, trochę pestek dyni lub słonecznika, dokończę kanapkę po Marcelinie, albo awokado, którego nie zjadła…no i w ten sposób zjadam sporo nadprogramowych kalorii i to w porze, w której powinnam skonsumować jeden lekki posiłek złożony z warzyw i białka.

Dlatego plan na najbliższe tygodnie to skończyć z podjadaniem – trzy posiłki główne i dwie przekąski (na drugie śniadanie i podwieczorek) jedzone o stałych porach będą musiały mi wystarczyć. Orzechy, pestki? Jak najbardziej, ale do śniadania. Coś zostało z kolacji? Wykorzystam to następnego dnia.

 

IMG_0061.JPG

 

Nie dla krowiego mleka

 

Niestety. Bardzo żałuję. Ale nie mam innego wyjścia.

Kilka tygodni temu coś zaczęło się dziać. Zupełnie nie wiadomo skąd, po zjedzeniu nabiału, gorzej się czułam. Na początku nie miałam pojęcia, co to może znaczyć –  oczywiście słyszałam o nietolerancji laktozy u dorosłych, ale postanowiłam skonsultować temat z Darią. Okazało się, że problemem może być nie tyle laktoza (czyli mleczny cukier), a kazeiny (czyli białka mleka) – to prawdopodobnie one powodują moje dolegliwości. Zalecenie – ostawić jakikolwiek nabiał na kilka tygodni. Pierwsza myśl: co ja będę jeść? Co z uwielbianym przeze mnie codziennym latte, serkami wiejskimi, za którymi przepadałam, białym twarogiem, fetą, kefirami, mozarellą… fakt, jadłam sporo nabiału, ale żeby za dużo? Niestety okazało się, że prawdopodobnie tak. Nabiał zakwasza organizm i moje objawy mogły być właśnie wynikiem tego zakwaszenia.

Ale nie miałam wyjścia – i odstawiłam. I od razu poczułam się lepiej. Mleko krowie zamieniłam na migdałowe i sojowe. Kokosowego też spróbowałam i samo było pyszne, ale kawa z nim (a jest bardzo tłuste) była tak ciężka, że nie dałam rady jej wypić. Jak na razie moim faworytem pozostaje więc migdałowe.

 

IMG_0177.JPG

 

Pusty talerz, czyli kilka słów o umiarze

 

Może niektórym z was wyda się to dziwne, ale nigdy nie zostawiałam jedzenia na talerzu. A jeśli powiem, że robiłam tak głównie ze względów estetycznych, to już pewnie w ogóle popukacie się w głowę, ale nie widzę żadnych powodów, by to ukrywać. Po prostu od zawsze talerz a niedokończonym jedzeniem wydawał mi się nieładny i taki…nieuporządkowany. Więc od dziecka czyściłam swój z najmniejszego, ostatniego okruszka. Ku oczywistej radości wszystkich babć i cioć.

Od niedawna uczę się wsłuchiwać w mój organizm i odkładać sztućce, jeśli tylko poczuję, że jestem już najedzona. Bez względu na to, ile zostało na talerzu. Jest to możliwe głównie dlatego, że jem dość wolno, więc informacja o zapełnieniu żołądka ma szansę w odpowiednim momencie dotrzeć do mojej głowy i dać mi sygnał, że już wystarczy. Osobom, które połykają obiad w 10 minut będzie zdecydowanie ciężej to zrobić. Warto jednak ćwiczyć isę w tej sztuce bez względu na to, czy zjadacie wszystko z tych względów, co ja, czy po prostu ze zwykłego obż….hmmm…apetytu 😉

 

IMG_0180.JPG

 

Słodycze – no jasne, że tak!

 

Uwielbiam słodycze. I nie jestem masochistką. Nie będę obiecywać sobie, że nie tknę ich przez miesiąc, kwartał, czy rok, bo to nierealne. Postanowiłam jednak znaleźć na nie sposób: wyznaczyłam sobie jeden dzień w tygodniu – to będzie sobota, kiedy będę kupować najpyszniejsze ciastko, na które w danym momencie przyjdzie mi ochota i konsumować je z największą przyjemnością i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Za to przez pozostałe dni tygodnia postaram nie będę nawet patrzeć w kierunku słodkości.

I jeszcze jedna sytuacja, która nie będzie mi leżeć na sumieniu: jeśli, będąc gdziekowiek, trafi się okazja, by zjeść coś absolutnie wyjątkowego/pysznego/niecodziennego – zrobię to. Postaram się jednak, by takie okazje nie zdarzały się pozostałe sześć razy w tygodniu 😉

 

unnamed-2

 

Sztuka życia – sztuka jedzenia

 

Małe, ale sycące dania na co dzień. Okazjonalne desery. Koniec jedzenia w biegu, na stojąco, z komórką przy uchu. Celebrowanie. Wspólne kolacje i weekendowe posiłki to swiętość. Pięknie podane, piękne zjedzone. Uważność i delektowanie się każdym kęsem. Bez towarzystwa telewizora. Będę doskonalić tę sztukę. Pasja życia to pasja jedzenia. I odwrotnie. Zasługuję na to i ja i moja rodzina.

Wkrótce przeprowadzka. Nowa kuchnia. W końcu będę mieć mini spiżarnię. Zadbam, by była odpowiednio wyposażona. Mam ochotę nauczyć się gotować, piec. W końcu do tego dojrzewam. Późno, ale chyba fajnie, że w ogóle. Dla mnie samej to zaskoczenie, bo ta sfera życia dotąd w ogóle mnie nie interesowała. Skupię się raczej na szybkich daniach, ale nic nie stoi na przeszkodzie, bym była ich domową mistrzynią!

 

Pięknej Walentynkowej niedzieli dla Was!

 

You may also like

13 komentarzy

  • Kasia Luty 14, 2016   Reply →

    Fantastyczny wpis, lekko i przyjemnie napisane o diecie. Matyldo, niezależnie od tematu, jaki podejmujesz w swoich wpisach, Ciebie chce się czytać non stop. Jestem pewna, ze gdybys pisała o worku na ziemniaki to i tak zafascynowałabys wszystkich.
    Pozdrawiam z Anglii

    • mojedolcevita Luty 19, 2016   Reply →

      Kasiu, cudowny komentarz! Bardzo Ci za niego dziękuję, bo nic tak nie dodaje skrzydeł, jak takie słowa 😉
      Postaram się jednak, żeby tematy były jednak odrobinę ciekawsze od tego worka ;-))
      Sciskam!

  • Madeleine Luty 15, 2016   Reply →

    Piękny twój blog i w ogóle ta atmosfera w nim te zdjęcia i ten styl pisania. Pięknie wyglądałaś w dniu ślubu bo przeczytałam prawie całego bloga ale nie komentowalam Widocznie widać ze jesteście Jedynakami a może napiszesz coś czy masz rodzeństwo jak i Twój Tomek?!
    Ja prawie całe życie się odchudzam chudnę a później nie wiem kiedy przytyłam a potem znowu to eh ciężko utrzymać idealna wagę przez całe życie! Pozdrawiam mam nadzieje że będę w wolnym czasie zaglądać!

    • mojedolcevita Luty 19, 2016   Reply →

      Ja też mam nadzieję, że czasem zajrzysz w wolnym czasie 😉
      Co do Twojego pytania – ja jestem jedynaczką, ale Tomek ma rodzeństwo. A co do wagi i diety to po prostu trzeba znaleźć swoją receptę na sukces – nie oczekiwać, że zejdzie się do rozmiaru 34 jeśli całe życie miało się 42 – gdzieś tam trzeba znać swoje granice i nie przesadzać. Dążyć do doskonałości, ale zdrowej. Czego nam życzę 😉 Pozdrowienia!

  • Kasia Matusiak Luty 15, 2016   Reply →

    To bardzo dobre podejscie do odżywiania! Ja tak robię od zawsze, wyniosłam z domu taki sposób odżywiania i nigdy nie miałam problemu z wagą. Dieta która dostarcza wszystkich składników jest moim zdaniem podstawą zdrowia. Poza tym kiedy jemy wszystko w rozsądnych ilościach nie mamy problemów z zachciankami

    • mojedolcevita Luty 19, 2016   Reply →

      I taki właśnie jest mój plan – mam nadzieję, że w końcu dojdę w tym do perfekcji 😉

  • Kasia Matusiak Luty 15, 2016   Reply →

    Zawsze mi ucina komentarze u Ciebie 🙁

    • mojedolcevita Luty 19, 2016   Reply →

      Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale część osób ma taki problem – sprawdzę temat w weekend. Dzięki za info! Całusy!

  • OLA Luty 15, 2016   Reply →

    Mi rowniesz ucina 🙁 czemu?

    • mojedolcevita Luty 19, 2016   Reply →

      Ola, pewnie to kwestia jakiś aktualizacji – powalczę z tym w weekend i ewentualnie poproszę Cię o jeszcze jedną próbę, ok? Pozdrowienia!

  • lilli Luty 15, 2016   Reply →

    Matylda a jakiego mleka teraz używasz do kawy? Da radę zrobić late z np. Sojowego

    • mojedolcevita Luty 19, 2016   Reply →

      Używam sojowego i migdałowego, ale wolę to drugie. Zwracam uwagę, żeby w składzie nie było stabilizatorów, ani innych wątpliwych dodatków, bo różnie to bywa niestety. Oba dają radę i nawet dają się spienić. Więc nie jest źle. No i samopoczucie o niebo lepsze. Uściski!

  • Kasia Matusiak Luty 20, 2016   Reply →

    Polecam Ci rownież mleko kokosowe własnej produkcji – banalne wykonanie i wiadomo co jest w środku ☺️

Leave a comment