Der Elefant, czyli o restauracji na każdą okazję

Zimowa pogoda za oknem co roku mocniej skłania nas do poszukiwania miejsc, w których moglibyśmy spędzać weekendowe popołudnia…

 

Czy we własnym towarzystwie, czy z przyjaciółmi – konfiguracja osobowa nie ma znaczenia, musi to być jednak miejsce przestronne wygodne i ciepłe – nie tylko ze względu na panującą w środku temperaturę.

O jednym z takich miejsc chcielibyśmy Wam dziś opowiedzieć, bo w ciągu ostatnich tygodni odwiedziliśmy je wiele razy (i na pewno przynajmniej tyle samo razy zawitamy tam w niedalekiej przyszłości.

 

snapseed-54.jpeg

 

Bo Der Elefant przy Placu Bankowym 1 to restauracja na każdą okazję. Duża, dwupiętrowa, z wielkimi oknami. Przed nią – zaprojektowany z rozmachem dziedziniec, który latem zamienia się w eleganckie patio – jego autorem jest zdobywca Oscara Allan Starski.

 

snapseed-55.jpeg

 

Jednak nas ciągnie zwykle na samą górę – a w zasadzie jesteśmy tam zaciągani siłą, bo Kudłata już doskonale wie, gdzie znajduje się jej ulubiony plac zabaw ze zjeżdżalnią i kulkami. Tak, dobrze przeczytaliście. Z kulkami. To jedyne miejsce tego rodzaju, które akceptujemy (jeśli nie czytaliście posta o tym, dlaczego od kulek lepiej trzymać się z daleka, to zapraszam TU). Znajduje się ono na drugim piętrze restauracji, w głębi sali. Poza wymienionymi już atrakcjami, jest też mini małpi gaj, ale również kuchnia i duży stół, przy którym  dzieci mogą przygotować (a potem upiec ciasteczka), porysować, zrobić maski z papieru itp. Oczywiście wszystko pod odpowiednią opieką. I co najważniejsze – na terenie placu zabaw znajduje się kolorowa, dziecięca toaleta. Kiedy więc przerywamy zabawę, bo kelner właśnie przyniósł nasz obiad, nie trzeba szukać miejsca do umycia rąk. Dlatego jeśli planujecie wybrać się tam z dzieciakami, od razu rezerwujcie stolik w okolicy placu zabaw. Będziecie mieć dzieciaki na oku i one też będą miały do Was blisko.

 

snapseed-43.jpeg

snapseed-44.jpeg

img_0889.jpeg

 

Co ciekawe – miejsce jest tak zaaranżowane, że odgłosy zabaw dzieci nie niosą się po restauracji, dzięki czemu drugie piętro jest również doskonałym miejscem na kolację z ukochaną osobą, czy wielogodzinne spotkanie z przyjaciółką.

 

Szczególnie to drugie mam ostatnio dobrze przetrenowane. Umawiamy się wtedy na 18, lub 19, rezerwujemy jeden ze stolików przy barze, których – przynajmniej teoretycznie – się nie rezerwuje, a które położone są trochę wyżej, dzięki czemu dają doskonały widok na całą restaurację. Rozmawiamy, jemy. W niedalekiej odległości ktoś gra na saksofonie “over the rainbow”. Jest też fortepian i wiolonczela…siedzimy do zamknięcia, czyli do północy, kiedy to zapalają się światła, jasno sugerujące gościom, że restauracja właśnie zakończyła działalność. Za każdym razem nie możemy uwierzyć, że tyle godzin już minęło, ale to tylko świadczy o świetnym klimacie tego miejsca.

 

snapseed-50.jpeg

snapseed-48.jpeg

 

No to teraz trochę o menu, bo to również kolejna, mocna strona restauracji. Moim absolutnym hitem jest Bouillabaisse, czyli sycąca, tradycyjna, marsylska zupa rybna z szafranem. Dodatkowo pływa w niej mnóstwo owoców morza, a podawana jest z grzanką polaną jakimś niesamowitym musztardowym sosem. Jem ją za każdym razem i za każdym razem tak samo się nią zachwycam. Jeśli mam większy apetyt, zamawiam do niej grillowane warzywa.

 

snapseed-52.jpeg

snapseed-46.jpeg

snapseed-47.jpeg

snapseed-45.jpeg

 

Widzicie to wzruszenie na mojej twarzy, kiedy na nią patrzę?? ;-))

Świeżo wypiekany, własny chleb do każdego dania dostajesz gratis. Tomek z kolei, jako istota głównie mięsożerna wybiera burgery i twierdzi, że zdecydowanie są warte grzechu. Dla Marceliny – zwykle coś z menu dziecięcego. Dużym plusem jest fakt, że do każdego dania dziecko dostaje mizerię, lub sałatkę z pomidorów. Jeśli macie większy apetyt, polecam Canard Cassis – pół kaczki pieczonej z sosem z czarnych porzeczek i modrą kapustą. Niebo w gębie i naprawdę solidna porcja – którymś razem jadłyśmy ją z Kudłatą na pół.

Na koniec nie mogę nie wspomnieć o deserach – a szczególnie o jednym: Mille feuille to jakby małe biszkopciki przekładane mascarpone i podawane z gorącym sosem karmelowym. Przepraszam Was za jakość poniższego zdjęcia, ale p prostu musiałam Wam go pokazać. Niebo. Po prostu niebo. Spróbujcie koniecznie jeśli tylko tam będziecie. Chociaż ich Pavlova też jest niczego sobie.

 

snapseed-53.jpeg

 

Dlatego jeśli macie ochotę wybrać się gdzieś w któryś z zimowych weekendów, bardzo polecam Wam to miejsce: pamiętajcie jednak o rezerwacji, bo Der Elefant jest bardzo doceniany przez Warszawiaków, więc w piątkowy wieczór, lub weekend bez tego ani rusz. Za to gwarantuję Wam, że będziecie opuszczać restaurację co najmniej z taką miną:

 

snapseed-56.jpeg

 

You may also like

4 comments

  • www.fashionable.com.pl Styczeń 15, 2016   Reply →

    Byliśmy przed Blogowigilia i też nam się bardzo podobało! :)

  • Daria Styczeń 28, 2016   Reply →

    Lubię to miejsce. Tu czas płynie inaczej…
    Tylko (nie licząc Mojito :P) nie znalazłam jeszcze swojego ulubionego dania ;)

  • Alojamiento web Lipiec 7, 2016   Reply →

    Der Elefant jest miejscem do ktorego z cala pewnoscia jeszcze wroce, ale z duzym zapasem czasu, by nie musiec sie denerwowac w oczekiwaniu na rachunek.

    • mojedolcevita Lipiec 12, 2016   Reply →

      Fakt, mnie też zdarzało się czekać trochę zbyt długo, ale nawet to nie jest w stanie zmienić mojej sympatii do tego miejsca ;-)

Leave a comment